Unia dała ikonki do oznaczania treści AI. Czy ktokolwiek ich użyje?

Obrazek dla Unia dała ikonki do oznaczania treści AI. Czy ktokolwiek ich użyje?

Od 2 sierpnia 2026 czyli od dzisiaj obowiązuje artykuł 50 unijnego AI Act, a wraz z nim obowiązek ujawniania, że treść powstała lub została zmieniona przez sztuczną inteligencję. Komisja Europejska przygotowała na tę okazję zestaw gotowych ikon. Są darmowe, ładne i można ich używać bez podawania źródła. Jest tylko jeden szkopuł: prawie nikt nie musi ich stosować, a ci, którzy musieliby, mają najmniejszy interes w tym, żeby to zrobić.

Sprawdźmy, co Unia faktycznie wypuściła, komu to realnie zmienia życie i czy ten pomysł ma szansę zadziałać.

Co dokładnie dostaliśmy

Zestaw składa się z trzech ikon w czterech wersjach kolorystycznych: czarnej, białej oraz czarnej i białej z 50% przezroczystości. Do pobrania w SVG i PNG, razem dwanaście plików.

ikony ai act warianty

Znaczenia są trzy:

  • Ikona podstawowa, czarne koło z literami „AI”. Używa się jej, gdy AI brała udział w powstaniu treści, a także wtedy, gdy dokładamy własny podpis tekstowy albo interaktywną drugą warstwę z informacją.
  • „AI GENERATED” dla treści w całości wygenerowanej przez AI, bez elementów stworzonych przez człowieka i bez kontroli redakcyjnej, poza samym promptem.
  • „AI MODIFIED” dla materiału pierwotnie ludzkiego, który AI częściowo zmieniła. Podręcznikowy przykład Komisji: autentyczne zdjęcie pustego mieszkania, któremu AI dorysowała meble.

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy po pobraniu paczki: napisy są wyłącznie po angielsku. Nie ma wersji „WYGENEROWANE PRZEZ AI” ani żadnej innej mutacji językowej. Polski wydawca, który chce oznaczyć polską treść, dostaje do wyboru angielską pigułkę albo dorobienie własnego podpisu, na co przepisy pozwalają.

Komisja udostępnia zestaw bezpłatnie, w dwóch paczkach ZIP, bez rejestracji i bez obowiązku podawania źródła:

No ale chwila. Kogo to naprawdę dotyczy?

Tu zaczyna się najważniejsza część, bo w sieci krąży sporo paniki na ten temat. Obowiązek ujawnienia z art. 50 ust. 4 obejmuje dwie rzeczy, nie wszystko.

Po pierwsze deepfejki. Czyli obrazy, dźwięk i wideo przypominające istniejące osoby, przedmioty, miejsca lub zdarzenia w sposób, który fałszywie wyglądałby na autentyczny. Wygenerowane wideo z politykiem mówiącym coś, czego nie powiedział. Podmieniona twarz na prawdziwej fotografii. Sklonowany głos.

Po drugie tekst, ale tylko taki, który spełnia komplet warunków naraz: jest publikowany w celu informowania opinii publicznej o sprawach interesu publicznego, nie przeszedł kontroli redakcyjnej człowieka i nikt nie wziął za niego odpowiedzialności redakcyjnej.

I bach! Jeśli prowadzisz firmowego bloga, sklep albo stronę usługową, to niemal na pewno wypadasz poza ten obowiązek, i to podwójnie. Opis produktu czy poradnik o wyborze nie jest informowaniem opinii publicznej o sprawach interesu publicznego. A nawet gdyby był, wystarczy, że tekst przeczytał i zaakceptował człowiek, który bierze za niego odpowiedzialność, i obowiązek znika.

Kto w takim razie powinien się tym zainteresować na poważnie? Ten, kto ma automat. Jeśli prowadzisz pipeline, który sam zbiera źródła, generuje newsy i publikuje je bez udziału człowieka, spełniasz wszystkie trzy warunki naraz: tekst pochodzi z AI, informuje opinię publiczną o sprawach interesu publicznego i nikt nie wziął za niego odpowiedzialności redakcyjnej. To jest ten wąski przypadek, w którym art. 50 realnie działa. Wyjście nadal jest tanie, bo wystarczy wstawić w ten proces człowieka, który czyta i firmuje publikację, ale dopóki go nie ma, obowiązek jest Twój.

Do tego dochodzą wyjątki dla dzieł wyraźnie artystycznych, twórczych, satyrycznych i fikcyjnych, gdzie ujawnienie ma nie psuć odbioru dzieła, oraz dla ścigania przestępstw.

A jeśli publikujesz prywatnie, jesteś poza tym rozporządzeniem w ogóle. Art. 2 ust. 10 AI Act mówi wprost: „Niniejsze rozporządzenie nie stosuje się do obowiązków podmiotów stosujących będących osobami fizycznymi, które korzystają z systemów AI w ramach czysto osobistej działalności pozazawodowej”. Prywatny post na Facebooku, mem zrobiony w generatorze, zdjęcie przerobione dla znajomych, obrazek wygenerowany dla siebie: to wszystko jest poza zakresem przepisu. Granica biegnie po zawodowości, a nie po zasięgu czy liczbie obserwujących. Jeśli publikujesz w ramach firmy, działalności zarobkowej albo w czyimś imieniu, wracasz do zasad opisanych wyżej, tyle że wtedy i tak najczęściej wypadasz z obowiązku przez

  1. brak interesu publicznego,
  2. przez kontrolę redakcyjną.

I tyle.

Ikony są dobrowolne, obowiązek nie

Nikt nie każe używać unijnych ikon. Można zrobić własną etykietę, banerek, przypis czy warstwę interaktywną. Ujawnienie musi być, forma jest dowolna. Co w sumie za bardzo nie sprzyja całej tej idei. Co gdyby USB3.0 miało dowolną ikonkę?

Działa to też w drugą stronę i jest to zastrzeżenie, które łatwo przeoczyć: samo wklejenie unijnej ikony nie oznacza, że spełniłeś wymogi art. 50. Odpowiedzialność za prawidłowe ujawnienie zostaje po stronie publikującego. Ikona to narzędzie, nie certyfikat.

Jeśli już ktoś się na nią zdecyduje, zasady są takie że oznaczenie ma być czytelne najpóźniej w momencie pierwszego kontaktu odbiorcy z treścią, nie może być zasłonięte i powinno być wbudowane tak, żeby przetrwało pobranie i ponowne udostępnienie. Komisja zaleca też alt text lub etykietę ARIA dla czytników ekranu.

Ciekawostka z badań, które KE zleciła przy projektowaniu: sama ikona działa gorzej niż ikona z dopiskiem. Skuteczność rozpoznania poprawiała się we wszystkich mierzonych wymiarach, gdy obok symbolu pojawiał się krótki podpis słowny. Innymi słowy, sam czarny krążek ludziom nie wystarcza. Mhmm..

Kary są realne, ale trzeba je z czymś zestawić

Za naruszenie art. 50 grozi grzywna do 15 mln euro albo 3% całkowitego światowego rocznego obrotu, zależnie która kwota jest wyższa. Dla małych i średnich firm oraz startupów rozporządzenie odwraca tę logikę i stosuje niższą z tych wartości. Egzekwują to krajowe organy nadzoru rynku.

Tyle że kara dotyczy naruszenia obowiązku, a obowiązek, jak wyżej, jest wąski i wychodzi się z niego przez kontrolę redakcyjną. Realnym adresatem tych kwot są platformy i wydawcy publikujący masowo treści bez człowieka w pętli, a nie firma z blogiem.

Systemy AI wprowadzone na rynek przed 2 sierpnia 2026 mają zresztą okres przejściowy do 2 grudnia 2026.

Kto ma interes, żeby oznaczać

To jest pytanie, na które nikt dziś nie zna odpowiedzi, więc zamiast udawać, że ją mamy, rozłóżmy je na argumenty.

Za tym, że się przyjmie: kodeks postępowania podpisało do końca lipca około 190 firm i organizacji, w tym duzi gracze. Sygnatariusze mają prostszą ścieżkę wykazania zgodności, co jest wymierną korzyścią, bo pozostali muszą przekonywać organy nadzoru, że ich własne rozwiązania są równie dobre. Do tego dochodzi drugi, cichszy front. Dostawcy modeli mają osobny obowiązek znakowania maszynowo odczytywalnego, czyli znaków wodnych i metadanych wbudowanych w sam plik. Jeśli to zadziała, platformy będą mogły wykrywać i etykietować treści automatycznie, bez pytania twórcy o zdanie. I to prawdopodobnie będzie mechanizm, który naprawdę zmieni obraz sieci.

Przeciw: oznaczenie treści jako wygenerowanej przez AI to dobrowolne przyznanie się do czegoś, co spora część odbiorców odbiera jako gorszy sort. Trudno oczekiwać, że twórcy będą masowo przyklejać sobie łatkę, która obniża wiarygodność ich pracy, skoro wyjście z obowiązku jest darmowe i sprowadza się do przeczytania własnego tekstu przed publikacją. Ikony są po angielsku. Świadomość tematu jest znikoma, co widać choćby po tym, że w polskim Google praktycznie nikt nie szuka informacji o oznaczaniu treści AI.

Nasuwa się porównanie z bannerami cookie. Formalnie obowiązek zadziałał, bo bannery są wszędzie. Praktycznie skończyło się na tym, że wszyscy klikają „akceptuj” bez czytania, a świadomość tego, co się dzieje z danymi, nie wzrosła ani trochę. Ba, dopiero Consent Mode V2 wymusił żeby ten mechanizm miał szansę działać temat, który poruszałem w Cookies po zgodzie czy przed? RODO a analityka.. Bez tego Jest realne ryzyko, że oznaczenia AI pójdą tą samą drogą, czyli staną się kolejnym elementem interfejsu, który mózg uczy się ignorować w dwa tygodnie bo nie będą prawidłowo stosowane.

Nasze zdanie jest takie: na dobrowolnym oznaczaniu przez publikujących to się nie oprze. Jeśli cokolwiek z art. 50 realnie zmieni sposób, w jaki odróżniamy treści, to będzie to niewidoczne znakowanie po stronie dostawców modeli, a nie czarna pigułka doklejona przez autora z dobrej woli.

Co z tego wynika dla Ciebie

Jeśli prowadzisz stronę i korzystasz z AI przy tworzeniu treści, praktyczne wnioski są krótkie:

  1. Prawdopodobnie nie masz nowego obowiązku. Firmowy blog, opisy produktów i materiały marketingowe to nie jest informowanie opinii publicznej o sprawach interesu publicznego.
  2. Trzymaj człowieka w pętli. Nie tylko dlatego, że to formalnie zamyka temat art. 50, ale dlatego, że publikowanie nieprzeczytanych tekstów kończy się źle niezależnie od przepisów.
  3. Uważaj na deepfejki, nie na ilustracje. Obowiązek dotyczy obrazu, dźwięku i wideo, które przypominają istniejące osoby, miejsca lub zdarzenia i mogłyby uchodzić za autentyczne. Ozdobna grafika, ikona czy abstrakcyjna ilustracja tego nie robią. Ostrożność zaczyna się dopiero tam, gdzie fotorealistyczne zdjęcie ma sugerować, że pokazuje Twój prawdziwy zespół, biuro albo realne zdarzenie.
  4. Rozważ oznaczanie dobrowolne. Nie z powodu przepisów, tylko dlatego, że jawność wobec czytelnika buduje zaufanie, a ono zostaje dłużej niż jedna sesja.

Jeśli chcesz zejść poziom niżej i sprawdzić, czym w praktyce różni się tekst pisany przez człowieka od maszynowego oraz na ile skuteczne są narzędzia do wykrywania AI, opisaliśmy to w osobnym artykule: czy tekst napisał człowiek czy AI i jak to sprawdzić. Jeśli z kolei zastanawiasz się, jak przygotować serwis pod modele językowe, które coraz częściej są pierwszym punktem kontaktu z Twoją marką, mamy o tym praktyczny poradnik.

A jeśli Twoja strona ma stabilnie działać niezależnie od tego, kto i czym pisze do niej treści, hosting WordPress z serwerami w Polsce i wsparciem po polsku załatwia warstwę techniczną. Resztę i tak nadal robi człowiek 😉

Ten tekst nie jest poradą prawną. Jeśli publikujesz treści, które mogą podlegać art. 50 AI Act, skonsultuj to z prawnikiem.

Źródła: zestaw ikon UEKodeks postępowania w sprawie przejrzystości treści generowanych przez AIwytyczne do art. 50treść art. 50 AI Act.

Podoba Ci się? 0
Podziel się